To były dwa pełne wrażen dni, plus prawie dwa dni na podróż. Przyleciałem we czwartek 6 IX późnym popołudniem tanią linią Eurolot z Krakowa. Nocleg znalazłem wcześniej w hostelu tuż koło dworca głównego, więc wszędzie miałem blisko.
W piątek byliśmy umówieni o 11.20 przed wejściem do ratusza. Na wszelki wypadek przyszedłem trochę wcześniej i poczekałem pół godziny w kościele Sw. Piotra przy samej Mönckeberger Str. Na ławkach leżał program zapowiedzianej na najbliższą sobotę 15 IX i organizowanej po raz dziewiąty „Nocy Kościołów”. Tego dnia od godz. 18 aż do północy we wszystkich hamburskich kościołach, zarówno protestanckich jak i katolickich, będą odbywały się koncerty, spekakle teatralne i baletowe, programy literackie i imprezy dla dzieci. Również w polskim kościele św. Józefa, jaki stoi w samym środku grzesznej dzielnicy St Pauli, przewidziano koncert organowy z towarzyszeniem gry świateł, śpiewu i dzwonów.
Punktualnie zebraliśmy się przed ratuszem i od razu było to jak spotkanie rodzinnne: Gerd Hoffmann, dr Viola Krizak, Wolfgang Madlung, Jan Dolny, Ola Jeszke-Zillmer i jej mąż Hatschi – wszyscy z hamburskiego Towarzystwa Niemiecko-Polskiego. Była też Ruth Zuther z Tostedt oraz godna reprezentacja Rzeszowa: nowy rektor Uniwersytetu prof. Aleksander Bobko, dr Teresa Pop i Maryla Więcko – ta trójka znalazła się w Hamburgu przy okazji hospitowania praktykantów z Uniwersytetu Rzeszowskiego; do tego Romuald Kalinowski i całe kierownictwo zespołu „Resovia Saltans”, który od tygodnia koncertował w Hamburgu i okolicach, wreszcie moja skromna osoba.
To pierwsze spotkanie miało mieć formalny charakter. W pięknym wnętrzu na pierwszym piętrze ratusza przyjął nas wysoki urzędnik kraju związkowego Hamburga odpowiedzialny za kontakty międzynarodowe. Rozmowa potoczyła się gładko, bo każdy miał coś do powiedzenia i do wspominania. W naturalny sposób rozmowa zeszła na historię naszych kontaktów. Jeszcze w roku 1979 były hamburski poseł do Parlamentu Europejskiego i członek-założyciel Towarzystwa Niemiecko-Polskiego w Hamburgu Hans-Joachim Seele trafił na koncert „Resovii Saltans” we Francji. Zespół tak go zauroczył, że postanowił zaprosić go do Hamburga. Do pierwszej wizyty doszło jesienią 1980 roku. Od tego czasu „Resovia” koncertuje w Hamburgu regularnie, przy czym zawsze członkowie zespołu są goszczeni przez członków Towarzystwa Niemiecko-Polskiego. W ciągu tych 32 lat zawiązało się wiele przyjaźni, doszło do wzajemnych odwiedzin, zapraszania na śluby i chrzciny.
Kiedy po godzinie wychodziliśmy z ratusza, do głównej uroczystości z okazji 40-lecia Towarzystwa Niemiecko-Polskiego w Hamburgu pozostawało niewiele ponad dwie godziny. Prawie wszyscy wybrali się na spacer w okolice portu. Chwilami trochę mżyło gdy Viola prowadziła nas przez Speicherstadt, gdzie dawne magazyny przerabiane są na nowoczesne biura i apartamenty, aż po budowaną od lat Elbphilharmonie, której otwarcie ciągle jest przesuwane, a najnowsza wersja mówi o roku 2014.
Do centrum na Gänsemarkt wróciliśmy krótko przed 15. Zdążyłem tylko coś przegryźć, bo już rozpoczynała się główna uroczystość. Zaczęło się – jakże by inaczej – od występu kapeli i chóru „Resovia Saltans”. Potem Viola przywitała gości, okolicznościowe przemówienia wygłosili radca w Kancelarii Senatu (czyli rządu kraju zwiazkowego) Hamburga Wolfgang Schmidt oraz minister Andrzej Szynka z Ambasady RP w Berlinie. Bardzo dobrze zostało też przyjęte krótkie wystąpienie rektora Bobko oraz nastepujący po nim referat prof. Barbary Vogel z Uniwersytetu w Hamburgu, która mówiła o stosunkach między Polską a Niemcami przed 40 laty. Na koniec zabrał głos honorowy przewodniczący Towarzystwa Niemiecko-Polskiego Gerd Hoffmann, prawdziwy spiritus movens polsko-niemieckich kontaktów w Hamburgu. Otrzymał wielki bukiet, który szybko wręczył swojej żonie Waltraud, skromnie siedzącej w drugim rzędzie.
Prezent od naszego Towarzystwa mieliśmy wręczyć dopiero podczas wieczornego koncertu „Resovii Saltans”. Ten koncert odbywał się w dzielnicy Farmsen, dokąd podróż metrem z centrum zajmuje z przesiadkami do 40 minut. Znów czasu było niewiele, sala wypełniła się szybko. Tym razem był to koncert galowy, czyli obszerny program z kapelą, chórem i starannie dobranym zestawem tanców, które szybko ujęły publiczność. Od pierwszych dźwięków w rytmie pięknie zaśpiewanego poloneza „Z pieśnią do was przychodzimy”, przez skoczne tance rzeszowskie, beskidzkie, mazur, kujawiak i krakowiak, aż po tance rosyjskie wymagające wręcz akrobatycznych umiejętności. A w finale zespół zaskoczył publiczność niemiecką pieśnią biesiadną „Wenn alle Brünnlein fließen” (można ją zresztą znaleźć na YouTube)
http://www.youtube.com/watch?v=-3xfij5yigw
Dopiero po tej pieśni konsul generalny RP w Hamburgu Andrzej Osiak mógł złożyć hamburskiemu Towarzystwu Niemiecko-Polskiemu gratulacje, rektor Uniwersytetu Rzeszowskiego przekazał cały kosz prezentów, a Towarzystwo Polsko-Niemieckie w Rzeszowie – piękny szklany wazon z Krosna z okolicznościową wywieszką.
To był koniec oficjalnej części jubileuszu. Chyba nie przypadkowo oprócz członków hamburskiego Towarzystwa oraz gości z polskiej ambasady i konsulatu – wszyscy pozostali polscy uczestnicy tego jubileuszu przyjechali do Hamburga z Rzeszowa. Tak to się porobiło, że przyszło nam reprezentować cały kraj i chyba nie poszło najgorzej.
Zdjęć z tej uroczystości na razie nie mam, ale niebawem pewno się pojawią. Zapewne relacja znajdzie się też w witrynie Towarzystwa w Hamburgu
http://www.dpg-hamburg.de/index.html
Rozmowy po koncercie trwały jeszcze do późna, ale o tym nie mogę powiedzieć, bo niespodziewanie trafiłem na jeszcze jedną miłą osobę z naszego Towarzystwa, a mianowicie Anię Hüttel, która razem ze swoim mężem Ulrichem pomieszkuje na przemian w Rzeszowie i Hamburgu. Ulrich nie mógł być na koncercie, więc pojechaliśmy na chwilę do ich mieszkania w pobliskiej dzielnicy Berne. Chwila trochę się przeciągnęła i nawet miałem obawy, czy mi nie zamkną hostelu, ale okazało się, że wcale nie byłem ostatni.
Następnego dnia przed południem pojechałem na Uniwersytet. Mimo soboty biblioteka była otwarta, mogłem więc zapytać o dobre księgarnie w pobliżu. Po niezbyt długich poszukiwaniach znalazłem nowe wydanie „Kommunikationstheorien”, zatem wizyta okazała się udana.
Potem jeszcze obiad z Anią i Ulrichem u Greka, spacer po cichym i zielonym Volksdorf („Od kiedy wyjechałam z ulicy Lubelskiej, nie widziałam tu ciężarówki”, mówi Ania) i już pora zbierać się do Tostedt. To tylko niewiele ponad pół godziny regionalnym pociągiem z Hamburga. Samo Tostedt, gdzie byłem po raz pierwszy, wygląda jak ze snu prezydenta Ferenca: równy asfalt, przystrzyżona zielen, wygrabane ścieżki i rabatki jak spod pincety. Po półgodzinnym spacerze trafiłem bez trudu do miejscowego hotelu „Zum Meierhof” gdzie odbył się pożegnalny koncert „Resovii Saltans”. Znowu pełen program i znowu aplauz publiczności. Ten zespół naprawdę wzrusza i potrafi się podobać.
Wczoraj już było zwyczajnie. Rano S-Bahn na lotnisko, Eurolotem do Balic, TLK do Rzeszowa. Na lotnisku biorę bagaż z taśmy, nikt mnie nie pyta o dokumenty. Przypominają się słowa Umberto Eco: Granice, które nasi ojcowie przekraczali z bronią w ręku, dla nas są niezauważalne.