To była niespodziewana propozycja rektora Panstwowej Wyższej Szkoły Techniczno-Ekonomicznej w Jarosławiu prof. Wacława Wierzbienca. Od czwartku 23 do niedzieli 26 stycznia trwają tam doroczne Dni Ofiar Holocaustu, z udziałem gości z Izraela i USA. Wiedząc, że Uniwersytet Rzeszowski gości grupę z Oberstufen-Kolleg z Bielefeldu i że w składzie tej grupy są osoby zainteresowane historią rzeszowskich Żydów, pan rektor zaprosił całą grupę do Jarosławia na – jak to nazwać? – szabasowy wieczór.
Nie byliśmy pewni czy nasi goście będą tym zainteresowani, ale szybko zdecydowali się na udział. W piątkowy wieczór cały nasz autobus przyjechał pod synagogę w Jarosławiu. Obecnie mieści się tam liceum plastyczne, ale duże pomieszczenie na piętrze przypomina o dawnym przeznaczeniu tego gmachu.
Oprócz naszej grupy uczestników nie było zbyt wielu. Rabin z Krakowa, najwyraźniej pochodzący z USA, bo całość prowadził po angielsku z rzadka tylko wtrącając polskie słowa, oraz pani Klaudia, która tłumaczyła go na polski. Ponadto kilka osób z Izraela i USA, miejscowi przedsiębiorcy i politycy, w tym pan starosta i pan przewodniczący rady powiatu. Rolę gospodarzy pełnili sprawnie i dyskretnie studenci PWSTE z Jarosławia. Wszyscy panowie dostali i włożyli małe czapeczki, niekoniecznie czarne, a panie siedziały z tyłu za niezbyt szczelnym parawanem.
O zmierzchu szabasowe świece zapaliła Lucia Retman z Hajfy, o której pisałem dużo przed rokiem. Rabin okazał się osobą bardzo bezpośrednią i pogodną. Wcale nie wydawał się speszony faktem, że większość uczestników nie miała pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Najpierw krótko powiedział o boskim przykładzie radosnego świętowania dnia siódmego, a potem przez ponad godzinę prowadził coś, co wyglądało na próbę amatorskiego chóru. Rabin intonował i śpiewał, a uczestnicy, rozkręcając się raczej opornie, próbowali za nim podążać. Był śpiew, oklaski i rytmiczne stukanie w stoły. Wprawdzie każdy dostał teksty, z których część została nawet przetłumaczona na polski, lecz niewiele to pomagało.
Na początek była poważna choć radosna pieśn Shalom Aleichem. Próbowałem znaleźć w sieci jej nagranie, choć wcale nie jestem pewien czy to, co znalazłem, to jest to najbardziej trafny wybór.
https://www.youtube.com/watch?v=LBYJbR-3RVM
Potem rabin zaśpiewał na inne pieśni, w tym Nagila Hava.
https://www.youtube.com/watch?v=vHSNZK4Je-Y
Czas mijał szybko i po ponad godzinie przyszła pora na kolację. Rabin zdjął kapelusz i wyniesiono Torę. Potem odsunięto parawan i panie nie były już oddzielone. Najpierw każdy spróbował chałkę posypując ją solą. Podano gorący rosół, a po nim sporo różnych dan wegetarianskich. Było też trochę wina. Wszystko bardzo apetyczne i koszerne, przyrządzone pod okiem rabina z Dynowa.
Po kolacji śpiewy trwały nadal. Zdolnościami wokalnymi wykazał się przy tym sam pan rektor Wierzbieniec. Na koncu znalazła się nawet Czumbalalajka. Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że to się nadaje do śpiewania w synagodze. No ale skoro sam rabin ją zaintonował, tylko bez słów.
https://www.youtube.com/watch?v=ZA-1J6uf1VU
To był bardzo udany wieczór. Jedynie surowe wnętrze synagogi przypominało, że właśnie w tym miejscu całe pokolenia miejscowych Żydów świętowały co tydzien swój Szabat. Dzisiaj możemy ich tylko wspominać.